Zmiana w regularności pojawiania się odcinków na czas wakacji :

Z konta Euphorisch_ - piątek
Z konta Atme - wtorek ||
Źródła zdjęć - Grafika Google oraz prywatne archiwum. ||
Blogi zostały przeniesione z serwisu Onet. ||
Za każdy komentarz, obserwację się itd. się rewanżuję.

piątek, 17 sierpnia 2012

Informacja

              Z przykrością informuję, że zawieszam bloga na czas bliżej nieokreślony, być może już na stałe. To zwyczajnie nie ma sensu; jestem za bardzo skupiona na moim drugim "dziele". Przepraszam, ale na chwilę obecną nie jestem w stanie pogodzić prowadzenia dwóch blogów. Tak więc od teraz dostępna jestem tylko na : alles-ist-noch-vor-uns.blogspot.com

wtorek, 14 sierpnia 2012

13.

             Minęło kilka dni po "incydencie" z Theo (no tak, przecież nic się takiego nie stało; to tylko mój kochany braciszek, on nie chciał nic złego, on tylko chciał mnie zabić). Względny spokój. Z dużym naciskiem na słowo "względny". I sporo zmian. We mnie. Dziesiątki imprez w ciągu tygodnia. Sami znajomi. A mnie na nich nie było. Zazwyczaj siedziałem w pokoju z (uwaga, uwaga! To wiadomość tylko dla ludzi o mocnych nerwach!) książką. Czasami dołączał do mnie mój brat. Z niepokojem śledziłem jego poczynania, ale kończyło się tylko na wielogodzinnych rozmowach o wszystkim i o niczym. Odkryliśmy, jak wiele mamy ze sobą wspólnego. O wszystkim tym nie mieliśmy wcześniej bladego pojęcia. Może po prostu zrozumieliśmy, że jesteśmy braćmi?
             Spoglądam wprost z lampę. Jej jaskrawe światło kompletnie nie pozwala mi się skupić. Zresztą i tak nie bardzo mam na czym. Odprężam się więc z lekka i nie dostrzegam nawet, jak twarde mam łóżko. Za oknem zapadł już zmrok. Nie wiem, która jest aktualnie godzina, ale jakoś niespecjalnie mnie to teraz interesuje. Patrzę tępo w sufit. Czego ja się spodziewałem? Co chciałem dostać od życia? Co chciałem mu od siebie dać? Na ile potrafiłbym się poświęcić, aby ratować to, co się wali i co niewątpliwie należy do mnie?
             Moje rozmyślania przerywa ciche stukanie do drzwi.
 - Proszę. - Mówię, ale nie brzmi to raczej zachęcająco.
 - Mogę? - Do pokoju nieśmiało zagląda Theo.
             "Dziwne... Nie boję się go teraz..." - Myślę i czuję ulgę. Już dawno takie uczucie mi nie towarzyszyło na jego widok.
 - Jasne, wchodź. - Usiadł na podłodze.
 - A co ty? Mało tu miejsca?
 - Lubię siedzieć na podłodze.
 - Tyle to ja wiem, ale jak ktoś wejdzie, to pomyśli, że obaj... - Zawahałem się. Nie, nie mogę użyć słowa "zwariowaliśmy". - A co mi tam. - Siadam obok niego.
 - Zastanawiałeś się, co jest potem?
 - Jak : "potem"? - Pytam, choć wiem, o co mu chodzi.
 - No, wiesz... Po śmierci...
 - Zastanawiałem.
 - I co?
 - I nic.
 - Jak : "nic"?
 - Normalnie... - Nie wiem, czy normalność nie jest już ostro przeterminowana, biorąc pod uwagę naszą codzienność. - Nic. Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest potem.
 - Ja cię nie pytam, co jest potem. Ja cię pytam, czy się zastanawiałeś.
 - Już ci odpowiedziałem.
 - Chwała ci za to. Ale chyba sobie co nieco wyobrażałeś...
 - Próbowałem.
 - W takim razie, powiedz mi, co wymyśliłeś?
 - Mam wiele wizji. Ale żadna z nich nie jest dopracowana.
 - Dlaczego więc nie poświęciłeś jakiejś trochę więcej uwagi i czasu, żeby ją dopracować? Nie chciało ci się?
 - Nie o to chodzi.
 - A o co?
 - Upierdliwy jesteś.
 - Po prostu chcę wiedzieć.
 - Ale dlaczego?
 - Dla porównania.
 - Chcesz porównywać swoje wizje z moimi?
 - Poniekąd.
 - Gwarantuję ci, że się bardzo, bardzo różnią.
 - Gadaj.
 - Nie dopracowałem jednej, bo za mocno się bałem.
 - Czego?
 - Że mnie to za bardzo pochłonie i stanę się częścią tej wizji. Zadowolony?
 - Faktycznie - nasze wizje się różnią.
 - Pod jakim względem?
 - A pod takim, że ja nie boję się wcielić własnych w życie i stać się ich nieodłącznym elementem...
 - Co?
 - Na dole coś hałasują... Podobno ma być przyjęcie.
 - A co to za okazja? - Postanowiłem, że na jakiś czas dam spokój i nie powrócę do poprzedniego tematu rozmowy. Decyzja podjęta w ciągu ułamka sekund.
 - Rocznica... - Zaczyna, ale mu przerywam :
 -... Ślubu... - Gwałtownie staję na równe nogi. Zaciskam pięści z wściekłości.
 - Co ci jest?
 - Szlag mnie trafi... - Wybiegam z pokoju. Szybko zbiegam po schodach, nie panując nad sobą, swoimi nogami, swoim umysłem. Nie panuję już nad niczym. Nawet nie chcę.
 - Dokąd biegniesz? - Słyszę jeszcze zawiedziony głos za swoimi plecami. Nie cofam się jednak.

________________________________________________

            Rozdział do kitu - wiem. Pisany na szybko. Za bardzo chyba skupiłam się na moim drugim blogu, zaniedbując tym samym ten. No cóż, zobaczymy, jak będzie dalej.

piątek, 10 sierpnia 2012

Wyjaśnienie

              Bardzo przepraszam, ale dzisiaj już nie dam rady dodać nowego posta. Kompletnie go nie przygotowałam, a nie chcę dodawać nic na spontanie, bo może być dużo gorszy od poprzednich. Postaram się nadrobić nieco we wtorek i dodać dłuższy odcinek. Pozdrawiam.

wtorek, 7 sierpnia 2012

12.

           Patrzyłem oszołomiony na mojego brata. Jeśli mam być absolutnie szczery, to miałem bardzo mieszane uczucia. W pierwszej chwili pomyślałem: "No, regularny debil". W drugiej zaś doszedłem do jednego z tych moich spektakularnych wniosków, że jest mi przykro - wróć: CHOLERNIE przykro (nie mogłem się oprzeć) - gdyż został mi odebrany rekord w dziedzinie "Najwyższy poziom głupoty". Nadeszła również chwila numer trzy i niezwykle przytłaczająca świadomość: "On jest przecież chory".
           Zbliżyłem się do lodówki. Niegdyś mój ulubiony z domowych sprzętów, teraz... Sam nie wiem, może podświadomie liczyłem, iż stanie się moim azylem. Uwaga, uwaga! Thomas włącza swój (jeszcze w miarę sprawny) mechanizm zwany "wybujałą wyobraźnią" i nieomal wybucha śmiechem. No, cóż. Nad wyraz komicznie by to wyglądało, gdyby osiemnastoletni koleś powyrzucał wszystko z lodówki i schował się w niej ścigany przez uzbrojonego w dowolnych rozmiarów nóż (lub co gorsza widelec) brata bliźniaka.
           Theo patrzył na mnie takim wzrokiem, że miałem ochotę schować się na końcu świata. Jeśli takowy nie istnieje, to, bez obaw, już ja bym coś wymyślił. Podszedł bliżej mnie, prowokując mój kolejny krok ku lodówce. Wszystko wokół stało się takie psychopatyczne. Jego wzrok, jego każdy ruch, jego oddech... Psychopatyczny czas, psychopatyczna kuchnia, psychopatyczne mleko... Moje ręce zaczęły się trząść. Również psychopatycznie.  Kolejny krok. Jego i mój. Doszło do tego, że, lodówka dotknęła moich pleców (albo raczej moje plecy lodówki) i w ten jakże prosty sposób uniemożliwiła dalszą "ucieczkę" (cudzysłów ma tutaj wyjątkowe znaczenie!). Rozejrzałem się wokół. Nerwowo. Theo oparł się dłońmi o lodówkę. Był centralnie przede mną. Czułem na swojej twarzy jego złowieszczy oddech. Widziałem, jak po jego ustach błądzi szaleńczy uśmieszek. Nie mam pojęcia, czy byłem tak bardzo otępiały, że nie potrafiłem znaleźć żadnej opcji umożliwiającej ewentualną ucieczkę czy jej po prostu nie było. Otworzył usta, najwyraźniej chcąc coś powiedzieć. Zamknąłem oczy i skrzywiłem się znacząco. Zrobiłem to z dwóch powodów. Pierwszy: spodziewałem się usłyszeć coś w stylu przerażającego "To koniec" i - najłagodniej mówiąc - wyzionąć ducha na kuchennej podłodze. Drugi (nieco mniej na miejscu): na samą myśl, jak musi to wyglądać dla osób postronnych, poczułem się zakłopotany i nie wiedziałem, czy się śmiać, czy raczej płakać.
 - Odsuń się, bo jak zwykle przez ciebie się nie można "dostać" do lodówki. - Powiedział normalnym tonem. Wyglądał tak jak zawsze. Łagodny i nieco zamyślony. Dawny Theo?!
 - Ale... Ale... - Zacząłem się jąkać. - Jeszcze... Przed... Chwilą... Chciałeś mnie zabić! Tak na śmierć! - Parsknął śmiechem.
 - Jak zabijać, to tylko na śmierć, nie sądzisz? - Zapytał wyraźnie rozbawiony.
 - Dobra, nie czepiaj się szczegółów! To i tak nie zmienia faktu, że chciałeś...
 - Ja nic takiego nie pamiętam. - Wzruszył ramionami, odepchnął mnie lekko, po czym wyjął z lodówki swój ulubiony brzoskwiniowy jogurt do picia i niespiesznie opuścił kuchnię. Odprowadzany przez moje nic nie rozumiejące spojrzenie, rzecz jasna.
            "Przekonasz się. Cierpliwości..." - Zahuczało mi w głowie, prowokując kolejną falę dreszczy i paniki przed tym, co nieuchronnie mnie zapewne jeszcze czeka.

____________________________________________________________

Nie bardzo wiem, co będzie z blogiem dalej, gdyż myślę o założeniu kolejnego i zajęciu się nim "na poważnie". Są więc dwie możliwości - albo szybkie zakończenie tego opowiadania, albo kontynuowanie go i pisanie tego, który dopiero jest w planach. Czas pokaże : ]
Pozdrawiam.

piątek, 3 sierpnia 2012

11.

          Siedząc przed monitorem komputera i teoretycznie przeglądając, co nowego pojawiło się na profilach znajomych na Facebooku, uważnie wsłuchiwałem się we względną ciszę, która nagle mnie otoczyła. Miałem dziwne przeczucie, że nie wróży ona nic dobrego. A już na pewno nic lepszego od wielkiej nawałnicy. Ona po prostu wisiała w powietrzu. A ja takie rzeczy od zawsze wyczuwałem. No, dobra - koloryzuję trochę. Szczerze powiedziawszy, to bardzo trochę.
           Tak czy owak coś się szykowało. A ja nie wiedziałem co. I na dodatek miałem pieprzoną świadomość, że nie zapanuję nad tym, choćbym nie wiem jak chciał. Ponadto ta cisza była stanowczo zbyt cicha, jak na tę, która czasami decydowała się odwiedzić nasz dom.
           Otrzymałem kolejną wiadomość. Moment, która to z kolei... Aha, no tak - dziewiąta. Koledzy i koleżanki z klasy nagle zaczęli się o mnie troszczyć. Przez chwilę moją uwagę od panującej ciszy i co najmniej niecodziennych przeczuć odciągnęła jedna myśl: "Czy ja do was, kochani, mówię po chińsku - przecież napisałem na swojej tablicy <<Nie ma mnie dla nikogo, więc się nie dobijać>>?". A oni, jakby na złość, "wyskakują" z pytaniami: "Thomas, wszystko ok?"; "Stary, weź się odezwij!"; "Martwię się". Taki mój los - chcę być sam, to wszyscy się dobijają. A gdy potrzebuję czyjejś pomocy (czy choćby rady), mają mnie w głębokim poważaniu. Nazwałbym to nawet inaczej, aczkolwiek staram się zmniejszyć ilość używanych przez siebie wulgaryzmów, bo ostatnio bardzo często mi się to zdarzało. Powiedziałbym, że za często.Muszę przestać dawać ponosić się emocjom, gdyż w niczym mi to nie pomoże. A wręcz przeciwnie.
           Nina się na razie nie odzywa. Owszem, próbowała. Nawet złożyli doniesienie na policji. Wtrącił się jednak Andreas, twierdząc, że konieczne są dodatkowe badania, żeby potwierdzić poczytalność mojego brata w tamtym czasie. Wiem tylko, że zrobiono Ninie wszystkie rutynowe (i nie tylko rutynowe) badania, które wykazały, że nie została zgwałcona ani odurzona żadnymi środkami. Wszystko dopiero nabiera tempa. Dowiem się, jak było w rzeczywistości i co sprawiło, że mój brat sięgnął po narkotyki, którymi niegdyś tak się brzydził. Już prędzej ja. To ja byłem zawsze bardziej skłonny do próbowania używek różnego typu. On nigdy nie chciał. Coś musiało się stać...
           "Jeżeli ktoś wyrządził mu jakąkolwiek krzywdę, to odpłacę mu się za to dwukrotnie." - Myślę. Jestem i pozostanę zdeterminowany. To mój cel. Muszę to zrobić. Chociażby dla Theo. On na to zasługuje.
           Wyłączam laptopa. Nogi same prowadzą mnie w kierunku kuchni. Napełniam czajnik wodą i ustawiam na elektrycznej płycie, czy jak to się tam nazywa. Otwieram szafkę i z pozornym zainteresowaniem przeglądam kubki, które stoją na jej półkach w równych rzędach. Wybieram pierwszy z brzega, choć wybór wydaje mi się całkiem przemyślany - pada na czerwony kubek w białe groszki, który był kiedyś moim kubkiem karnym. Gdy zachowywałem się niegrzecznie (a sądząc po zdaniu moich rodziców oraz częstotliwości wymierzania kar, zdarzało się to dość często, żeby nie powiedzieć, że codziennie), musiałem wypić z niego mleko. Napełniony po brzegi - jakkolwiek by to nie brzmiało - białym płynem wydawał mi się wyjątkowo obrzydliwy. Rezygnuję z planów obejmujących przygotowanie herbaty. Płyta posłusznie przestaje się nagrzewać.
            Przemierzam drogę usłaną przeszkodami w kierunku lodówki i wyjmuję z niej kartonik z mlekiem. Napełniam kubek ową cieczą, po czym odstawiam przedmiot z powrotem. Powoli sączę - nazwijmy to - napój. Wydaje mi się... Całkiem smaczny. Słyszę jakieś kroki w korytarzu. Coraz bardziej wyraźnie. Ktoś zbliża się do kuchni. Przeraża mnie to. Tylko dlaczego? Odwracam się z niepokojem patrząc na tego, który stanął w drzwiach. Postanawiam niby to wesoło zagadnąć:
 - Hej, Theo. Popatrz, co te wspomnienia robią z człowiekiem. - Skinąłem głową, wyraźnie dając do zrozumienia, że chodzi mi o kubek oraz mleko. - Chcesz też?
 - Nie. - Odparł lodowato.
 - To może herbaty? - Postanawiam go zagadać, może to głupie uczucie ustąpi.
 - Nie. - Znów ten zimny ton.
 - To po co przyszedłeś?
 - Żeby cię zabić. - Na dźwięk jego szalonego głosu, mleko, które akurat przełykałem, stało się jeszcze bardziej gorzkie, niż wydawało mi się być w dzieciństwie. Bzdura, o której mówił była tym mlekiem. Bałem się.
 - Co? - Zapytałem, czując, że załamuje mi się głos.
 - Przyszedłem cię zabić. - Kurwa, on mówi poważnie?!