Zmiana w regularności pojawiania się odcinków na czas wakacji :

Z konta Euphorisch_ - piątek
Z konta Atme - wtorek ||
Źródła zdjęć - Grafika Google oraz prywatne archiwum. ||
Blogi zostały przeniesione z serwisu Onet. ||
Za każdy komentarz, obserwację się itd. się rewanżuję.

piątek, 17 sierpnia 2012

Informacja

              Z przykrością informuję, że zawieszam bloga na czas bliżej nieokreślony, być może już na stałe. To zwyczajnie nie ma sensu; jestem za bardzo skupiona na moim drugim "dziele". Przepraszam, ale na chwilę obecną nie jestem w stanie pogodzić prowadzenia dwóch blogów. Tak więc od teraz dostępna jestem tylko na : alles-ist-noch-vor-uns.blogspot.com

wtorek, 14 sierpnia 2012

13.

             Minęło kilka dni po "incydencie" z Theo (no tak, przecież nic się takiego nie stało; to tylko mój kochany braciszek, on nie chciał nic złego, on tylko chciał mnie zabić). Względny spokój. Z dużym naciskiem na słowo "względny". I sporo zmian. We mnie. Dziesiątki imprez w ciągu tygodnia. Sami znajomi. A mnie na nich nie było. Zazwyczaj siedziałem w pokoju z (uwaga, uwaga! To wiadomość tylko dla ludzi o mocnych nerwach!) książką. Czasami dołączał do mnie mój brat. Z niepokojem śledziłem jego poczynania, ale kończyło się tylko na wielogodzinnych rozmowach o wszystkim i o niczym. Odkryliśmy, jak wiele mamy ze sobą wspólnego. O wszystkim tym nie mieliśmy wcześniej bladego pojęcia. Może po prostu zrozumieliśmy, że jesteśmy braćmi?
             Spoglądam wprost z lampę. Jej jaskrawe światło kompletnie nie pozwala mi się skupić. Zresztą i tak nie bardzo mam na czym. Odprężam się więc z lekka i nie dostrzegam nawet, jak twarde mam łóżko. Za oknem zapadł już zmrok. Nie wiem, która jest aktualnie godzina, ale jakoś niespecjalnie mnie to teraz interesuje. Patrzę tępo w sufit. Czego ja się spodziewałem? Co chciałem dostać od życia? Co chciałem mu od siebie dać? Na ile potrafiłbym się poświęcić, aby ratować to, co się wali i co niewątpliwie należy do mnie?
             Moje rozmyślania przerywa ciche stukanie do drzwi.
 - Proszę. - Mówię, ale nie brzmi to raczej zachęcająco.
 - Mogę? - Do pokoju nieśmiało zagląda Theo.
             "Dziwne... Nie boję się go teraz..." - Myślę i czuję ulgę. Już dawno takie uczucie mi nie towarzyszyło na jego widok.
 - Jasne, wchodź. - Usiadł na podłodze.
 - A co ty? Mało tu miejsca?
 - Lubię siedzieć na podłodze.
 - Tyle to ja wiem, ale jak ktoś wejdzie, to pomyśli, że obaj... - Zawahałem się. Nie, nie mogę użyć słowa "zwariowaliśmy". - A co mi tam. - Siadam obok niego.
 - Zastanawiałeś się, co jest potem?
 - Jak : "potem"? - Pytam, choć wiem, o co mu chodzi.
 - No, wiesz... Po śmierci...
 - Zastanawiałem.
 - I co?
 - I nic.
 - Jak : "nic"?
 - Normalnie... - Nie wiem, czy normalność nie jest już ostro przeterminowana, biorąc pod uwagę naszą codzienność. - Nic. Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest potem.
 - Ja cię nie pytam, co jest potem. Ja cię pytam, czy się zastanawiałeś.
 - Już ci odpowiedziałem.
 - Chwała ci za to. Ale chyba sobie co nieco wyobrażałeś...
 - Próbowałem.
 - W takim razie, powiedz mi, co wymyśliłeś?
 - Mam wiele wizji. Ale żadna z nich nie jest dopracowana.
 - Dlaczego więc nie poświęciłeś jakiejś trochę więcej uwagi i czasu, żeby ją dopracować? Nie chciało ci się?
 - Nie o to chodzi.
 - A o co?
 - Upierdliwy jesteś.
 - Po prostu chcę wiedzieć.
 - Ale dlaczego?
 - Dla porównania.
 - Chcesz porównywać swoje wizje z moimi?
 - Poniekąd.
 - Gwarantuję ci, że się bardzo, bardzo różnią.
 - Gadaj.
 - Nie dopracowałem jednej, bo za mocno się bałem.
 - Czego?
 - Że mnie to za bardzo pochłonie i stanę się częścią tej wizji. Zadowolony?
 - Faktycznie - nasze wizje się różnią.
 - Pod jakim względem?
 - A pod takim, że ja nie boję się wcielić własnych w życie i stać się ich nieodłącznym elementem...
 - Co?
 - Na dole coś hałasują... Podobno ma być przyjęcie.
 - A co to za okazja? - Postanowiłem, że na jakiś czas dam spokój i nie powrócę do poprzedniego tematu rozmowy. Decyzja podjęta w ciągu ułamka sekund.
 - Rocznica... - Zaczyna, ale mu przerywam :
 -... Ślubu... - Gwałtownie staję na równe nogi. Zaciskam pięści z wściekłości.
 - Co ci jest?
 - Szlag mnie trafi... - Wybiegam z pokoju. Szybko zbiegam po schodach, nie panując nad sobą, swoimi nogami, swoim umysłem. Nie panuję już nad niczym. Nawet nie chcę.
 - Dokąd biegniesz? - Słyszę jeszcze zawiedziony głos za swoimi plecami. Nie cofam się jednak.

________________________________________________

            Rozdział do kitu - wiem. Pisany na szybko. Za bardzo chyba skupiłam się na moim drugim blogu, zaniedbując tym samym ten. No cóż, zobaczymy, jak będzie dalej.

piątek, 10 sierpnia 2012

Wyjaśnienie

              Bardzo przepraszam, ale dzisiaj już nie dam rady dodać nowego posta. Kompletnie go nie przygotowałam, a nie chcę dodawać nic na spontanie, bo może być dużo gorszy od poprzednich. Postaram się nadrobić nieco we wtorek i dodać dłuższy odcinek. Pozdrawiam.

wtorek, 7 sierpnia 2012

12.

           Patrzyłem oszołomiony na mojego brata. Jeśli mam być absolutnie szczery, to miałem bardzo mieszane uczucia. W pierwszej chwili pomyślałem: "No, regularny debil". W drugiej zaś doszedłem do jednego z tych moich spektakularnych wniosków, że jest mi przykro - wróć: CHOLERNIE przykro (nie mogłem się oprzeć) - gdyż został mi odebrany rekord w dziedzinie "Najwyższy poziom głupoty". Nadeszła również chwila numer trzy i niezwykle przytłaczająca świadomość: "On jest przecież chory".
           Zbliżyłem się do lodówki. Niegdyś mój ulubiony z domowych sprzętów, teraz... Sam nie wiem, może podświadomie liczyłem, iż stanie się moim azylem. Uwaga, uwaga! Thomas włącza swój (jeszcze w miarę sprawny) mechanizm zwany "wybujałą wyobraźnią" i nieomal wybucha śmiechem. No, cóż. Nad wyraz komicznie by to wyglądało, gdyby osiemnastoletni koleś powyrzucał wszystko z lodówki i schował się w niej ścigany przez uzbrojonego w dowolnych rozmiarów nóż (lub co gorsza widelec) brata bliźniaka.
           Theo patrzył na mnie takim wzrokiem, że miałem ochotę schować się na końcu świata. Jeśli takowy nie istnieje, to, bez obaw, już ja bym coś wymyślił. Podszedł bliżej mnie, prowokując mój kolejny krok ku lodówce. Wszystko wokół stało się takie psychopatyczne. Jego wzrok, jego każdy ruch, jego oddech... Psychopatyczny czas, psychopatyczna kuchnia, psychopatyczne mleko... Moje ręce zaczęły się trząść. Również psychopatycznie.  Kolejny krok. Jego i mój. Doszło do tego, że, lodówka dotknęła moich pleców (albo raczej moje plecy lodówki) i w ten jakże prosty sposób uniemożliwiła dalszą "ucieczkę" (cudzysłów ma tutaj wyjątkowe znaczenie!). Rozejrzałem się wokół. Nerwowo. Theo oparł się dłońmi o lodówkę. Był centralnie przede mną. Czułem na swojej twarzy jego złowieszczy oddech. Widziałem, jak po jego ustach błądzi szaleńczy uśmieszek. Nie mam pojęcia, czy byłem tak bardzo otępiały, że nie potrafiłem znaleźć żadnej opcji umożliwiającej ewentualną ucieczkę czy jej po prostu nie było. Otworzył usta, najwyraźniej chcąc coś powiedzieć. Zamknąłem oczy i skrzywiłem się znacząco. Zrobiłem to z dwóch powodów. Pierwszy: spodziewałem się usłyszeć coś w stylu przerażającego "To koniec" i - najłagodniej mówiąc - wyzionąć ducha na kuchennej podłodze. Drugi (nieco mniej na miejscu): na samą myśl, jak musi to wyglądać dla osób postronnych, poczułem się zakłopotany i nie wiedziałem, czy się śmiać, czy raczej płakać.
 - Odsuń się, bo jak zwykle przez ciebie się nie można "dostać" do lodówki. - Powiedział normalnym tonem. Wyglądał tak jak zawsze. Łagodny i nieco zamyślony. Dawny Theo?!
 - Ale... Ale... - Zacząłem się jąkać. - Jeszcze... Przed... Chwilą... Chciałeś mnie zabić! Tak na śmierć! - Parsknął śmiechem.
 - Jak zabijać, to tylko na śmierć, nie sądzisz? - Zapytał wyraźnie rozbawiony.
 - Dobra, nie czepiaj się szczegółów! To i tak nie zmienia faktu, że chciałeś...
 - Ja nic takiego nie pamiętam. - Wzruszył ramionami, odepchnął mnie lekko, po czym wyjął z lodówki swój ulubiony brzoskwiniowy jogurt do picia i niespiesznie opuścił kuchnię. Odprowadzany przez moje nic nie rozumiejące spojrzenie, rzecz jasna.
            "Przekonasz się. Cierpliwości..." - Zahuczało mi w głowie, prowokując kolejną falę dreszczy i paniki przed tym, co nieuchronnie mnie zapewne jeszcze czeka.

____________________________________________________________

Nie bardzo wiem, co będzie z blogiem dalej, gdyż myślę o założeniu kolejnego i zajęciu się nim "na poważnie". Są więc dwie możliwości - albo szybkie zakończenie tego opowiadania, albo kontynuowanie go i pisanie tego, który dopiero jest w planach. Czas pokaże : ]
Pozdrawiam.

piątek, 3 sierpnia 2012

11.

          Siedząc przed monitorem komputera i teoretycznie przeglądając, co nowego pojawiło się na profilach znajomych na Facebooku, uważnie wsłuchiwałem się we względną ciszę, która nagle mnie otoczyła. Miałem dziwne przeczucie, że nie wróży ona nic dobrego. A już na pewno nic lepszego od wielkiej nawałnicy. Ona po prostu wisiała w powietrzu. A ja takie rzeczy od zawsze wyczuwałem. No, dobra - koloryzuję trochę. Szczerze powiedziawszy, to bardzo trochę.
           Tak czy owak coś się szykowało. A ja nie wiedziałem co. I na dodatek miałem pieprzoną świadomość, że nie zapanuję nad tym, choćbym nie wiem jak chciał. Ponadto ta cisza była stanowczo zbyt cicha, jak na tę, która czasami decydowała się odwiedzić nasz dom.
           Otrzymałem kolejną wiadomość. Moment, która to z kolei... Aha, no tak - dziewiąta. Koledzy i koleżanki z klasy nagle zaczęli się o mnie troszczyć. Przez chwilę moją uwagę od panującej ciszy i co najmniej niecodziennych przeczuć odciągnęła jedna myśl: "Czy ja do was, kochani, mówię po chińsku - przecież napisałem na swojej tablicy <<Nie ma mnie dla nikogo, więc się nie dobijać>>?". A oni, jakby na złość, "wyskakują" z pytaniami: "Thomas, wszystko ok?"; "Stary, weź się odezwij!"; "Martwię się". Taki mój los - chcę być sam, to wszyscy się dobijają. A gdy potrzebuję czyjejś pomocy (czy choćby rady), mają mnie w głębokim poważaniu. Nazwałbym to nawet inaczej, aczkolwiek staram się zmniejszyć ilość używanych przez siebie wulgaryzmów, bo ostatnio bardzo często mi się to zdarzało. Powiedziałbym, że za często.Muszę przestać dawać ponosić się emocjom, gdyż w niczym mi to nie pomoże. A wręcz przeciwnie.
           Nina się na razie nie odzywa. Owszem, próbowała. Nawet złożyli doniesienie na policji. Wtrącił się jednak Andreas, twierdząc, że konieczne są dodatkowe badania, żeby potwierdzić poczytalność mojego brata w tamtym czasie. Wiem tylko, że zrobiono Ninie wszystkie rutynowe (i nie tylko rutynowe) badania, które wykazały, że nie została zgwałcona ani odurzona żadnymi środkami. Wszystko dopiero nabiera tempa. Dowiem się, jak było w rzeczywistości i co sprawiło, że mój brat sięgnął po narkotyki, którymi niegdyś tak się brzydził. Już prędzej ja. To ja byłem zawsze bardziej skłonny do próbowania używek różnego typu. On nigdy nie chciał. Coś musiało się stać...
           "Jeżeli ktoś wyrządził mu jakąkolwiek krzywdę, to odpłacę mu się za to dwukrotnie." - Myślę. Jestem i pozostanę zdeterminowany. To mój cel. Muszę to zrobić. Chociażby dla Theo. On na to zasługuje.
           Wyłączam laptopa. Nogi same prowadzą mnie w kierunku kuchni. Napełniam czajnik wodą i ustawiam na elektrycznej płycie, czy jak to się tam nazywa. Otwieram szafkę i z pozornym zainteresowaniem przeglądam kubki, które stoją na jej półkach w równych rzędach. Wybieram pierwszy z brzega, choć wybór wydaje mi się całkiem przemyślany - pada na czerwony kubek w białe groszki, który był kiedyś moim kubkiem karnym. Gdy zachowywałem się niegrzecznie (a sądząc po zdaniu moich rodziców oraz częstotliwości wymierzania kar, zdarzało się to dość często, żeby nie powiedzieć, że codziennie), musiałem wypić z niego mleko. Napełniony po brzegi - jakkolwiek by to nie brzmiało - białym płynem wydawał mi się wyjątkowo obrzydliwy. Rezygnuję z planów obejmujących przygotowanie herbaty. Płyta posłusznie przestaje się nagrzewać.
            Przemierzam drogę usłaną przeszkodami w kierunku lodówki i wyjmuję z niej kartonik z mlekiem. Napełniam kubek ową cieczą, po czym odstawiam przedmiot z powrotem. Powoli sączę - nazwijmy to - napój. Wydaje mi się... Całkiem smaczny. Słyszę jakieś kroki w korytarzu. Coraz bardziej wyraźnie. Ktoś zbliża się do kuchni. Przeraża mnie to. Tylko dlaczego? Odwracam się z niepokojem patrząc na tego, który stanął w drzwiach. Postanawiam niby to wesoło zagadnąć:
 - Hej, Theo. Popatrz, co te wspomnienia robią z człowiekiem. - Skinąłem głową, wyraźnie dając do zrozumienia, że chodzi mi o kubek oraz mleko. - Chcesz też?
 - Nie. - Odparł lodowato.
 - To może herbaty? - Postanawiam go zagadać, może to głupie uczucie ustąpi.
 - Nie. - Znów ten zimny ton.
 - To po co przyszedłeś?
 - Żeby cię zabić. - Na dźwięk jego szalonego głosu, mleko, które akurat przełykałem, stało się jeszcze bardziej gorzkie, niż wydawało mi się być w dzieciństwie. Bzdura, o której mówił była tym mlekiem. Bałem się.
 - Co? - Zapytałem, czując, że załamuje mi się głos.
 - Przyszedłem cię zabić. - Kurwa, on mówi poważnie?!

wtorek, 31 lipca 2012

10.

Kilka dni później

           Pełen niepokoju zapukałem do drzwi pokoju lekarskiego w poszukiwaniu dr. Waldmanna. Bałem się tego, co mi powie. Po chwili durnego oczekiwania usłyszałem gromkie "Proszę".
 - Cześć, Andreas. - Powiedziałem do niego. - Dzień dobry. - Mało brakowało, a zapomniałbym, że są tam również inni lekarze. - Można cię na chwilę prosić? - Znaliśmy się od dawna, jego rodzice przyjaźnili się z moją matką i ojczymem. Niedawno skończył studia i został przyjęty do pracy w tym szpitalu. Jako jedyny zgodził się wyjawić mi coś więcej, niż zapewne powinien.
 - Jasne, już idę. - Pozostawił niedopitą kawę i wyszedł na korytarz. - Nie chciałbym z tobą o tym tutaj rozmawiać...
 - Nie mam czasu na przemieszczanie się w tę i z powrotem. Pogadajmy tutaj.
 - A czym ty taki zajęty jesteś? - Zdziwił się, na co zmieszałem się z lekka.
 - Muszę wracać do Theo. Wiesz, bardzo dziwnie się ostatnio zachowuje. Boi się zostawać sam, a za razem nie dopuszcza do siebie nikogo oprócz mnie.
 - Nic dziwnego. Wygląda na to, że względnie zaufał tylko tobie.
 - Co to miało znaczyć?
 - Próbuje tworzyć pozory, wzbudzić w tobie litość i jej pochodne, żebyś potem nie miał serca pozwolić mu udać się na terapię.
 - Jaką terapię? Co ty pierdolisz?! - Poniosło mnie. Miał mi wszystko wyjaśnić, a nie robić z mózgu jeszcze większą wodę, niż mam!
 - Uspokój się, bo nic ci nie powiem.
 - I tak tego nie robisz!
 - Myślisz, że Schmidt by ci powiedział więcej?
 - Dobra, może masz rację. Nawijaj.
 - W krwi twojego brata wykryto znaczną ilość środka odurzającego. Jego skutkiem są halucynacje, urojenia.
 - Twierdzisz, że Theo jest ćpunem?
 - Poniekąd. Problem wydaje się być jednak jeszcze poważniejszy.
 - Jak bardzo poważny?
 - Twój brat wykazuje cechy znacznie bardziej niepokojące, również gdy nie jest pod wpływem owego środka. Podejrzewamy, że zaburzenie dysocjacyjne tożsamości.
 - Ej, ty do mnie po chińsku gadasz, nie?
 - Inaczej jest to rozdwojenie jaźni. Rodzaj schizofrenii.
 - Rozdwojenie jaźni? To znaczy, że mu... - Pokazałem mu gestem, o co mi chodzi.
 - W dużym uproszczeniu... W zasadzie... Dobra, niech będzie i tak. Nie wiem, czy byś zrozumiał, gdybym powiedział ci to inaczej.
 - Nie rób ze mnie idioty, ok?
 - Spoko.
 - Jakie mogą być przyczyny tego całego rozdwojenia jaźni?
 - Traumatyczne przeżycia, na przykład. Przeżył ostatnio coś takiego?
 - Nie... A coś innego?
 - Patologie, stresy, trudności z przystosowaniem się do życia w społeczeństwie...
 - On zawsze zachowywał się inaczej niż inni, ale nigdy nie było to jakieś nienormalne...
 - Niektórzy mówią, że jest to choroba dziedziczna.
 - Nie... To nie wchodzi w grę. Nikt w naszej rodzinie nie cierpiał na schizofrenię.
 - A więc musisz się dowiedzieć, co mogło być przyczyną. I doprowadzić do tego, żeby znalazł się w klinice leczenia uzależnień.
 - Żeby to takie proste było.
 - Ktoś ci to obiecywał?
 - A na to są jakieś leki?
 - Terapia lekowa raczej nie jest skuteczna. Powinniście skontaktować się z dobrym psychiatrą, rozpocząć trapię przez niego zaproponowaną. Jak najszybciej.
 - Masz może jakieś namiary na takiego lekarza? Nie chcę, żeby Theo zajmował się jakiś pierwszy lepszy szarlatan.
 - Ma się rozumieć. - Rzekł z widocznym rozbawieniem.
 - Co cię tak bawi?
 - Szarlatan chociażby. Nawet w takiej chwili nie jesteś w stanie się powstrzymać od swoich przyzwyczajeń.
 - Dasz te namiary?
 - Wyślę ci później sms'em. Jeśli mógłbym ci coś doradzić - uważaj teraz na Theo, bo w waszym domu mogą dziać się bardzo dziwne rzeczy, zważywszy na jego stan...
 - Co masz na myśli?
 - Przekonasz się. Cierpliwości...

piątek, 27 lipca 2012

9.

         Skradaliśmy się. Wyglądało to cholernie komicznie. Na pewno. Szpiedzy od siedmiu boleści się znaleźli. Mógłbym opowiedzieć coś o aurze pogodowej, która nas otaczała, ale jakoś mało mnie w tamtej chwili obchodziła.  Czas przeciekał mi przez palce, a ja jakoś nie bardzo mogłem go zatrzymać. Strasznie frustrujące uczucie, nie polecam.
           Nacisnąłem mosiężną klamkę, która miała wprawić ciężkie, chyba dębowe drzwi w ruch. Poddała się. Nie bez oporów. Nabrałem w płuca powietrza. Było ciężkie. Wyczuwałem w nim śladowe ilości dymu papierosowego. Dużo więcej było w nim wilgoci i ogólnych zanieczyszczeń. Ciężko się oddychało.
           Wszedłem do pomieszczenia. To, co zobaczyłem, niespecjalnie mnie zdziwiło.
 - Nina. - Powiedziałem i wymownie spojrzałem na najciemniejszy kąt pokoju, który kiedyś służył za salon. Teraz był pusty. Zbyt pusty, bo zupełnie pusty. Cholera, co ja gadam... Nina natychmiast podbiegła do zakneblowanej i na oko ciasno związanej grubymi linami postaci. Jej twarz była potwornie blada. Gdybym nie wiedział, co tutaj jest grane (a zdążyłem sobie po drodze z Hamburga do Loitsche trochę jednak poukładać w tej pustej łepetynie), pomyślałbym, że jakiś zwyrodnialec znalazł sobie kolejną ofiarę. Ciężko jest mi mówić, a nawet myśleć, że tym zwyrodnialcem pewnie jest mój brat. Ta, pewnie - tym bydlakiem NA PEWNO jest mój brat. Z jednej strony - chciałbym go za to porządnie ukarać. Związać tak samo, jak on związał ją. Dręczyć zupełnie jak on tę dziewczynę. Kto wie... Może nawet mam ochotę go za to zabić? Nie znam jej, a jednak czuję się za to, co przeżyła, w znacznym stopniu odpowiedzialny. Szkoda, że medal ma dwie strony. Niestety, ta druga bierze nade mną górę - chcę go po prostu znaleźć i wyciągnąć z bagna, w które się wpakował. Niezależnie od tego, czy sam się pobrudzę i jak głęboko w nim siedzi. Żal mi go, choć wiem, że litość to ostatnie czego by ode mnie oczekiwał.
 - Już jesteś bezpieczna, Heila... Już wszystko dobrze, jestem tutaj... - Szeptała Nina, wtulając nos w przetłuszczone już włosy swej siostry, które miały barwę bardzo dojrzałej pomarańczy. Albo marchewki. Sam nie wiem. Kit z odcieniem, gdzie jest Theo?!
 - Jeszcze nie jest bezpieczna... - Zacząłem.
 - Co ty pieprzysz?! - Przerwała mi.
 - ... A przynajmniej się tak nie czuje, póki pozostaje związana. - Dokończyłem, mimo że się niepotrzebnie wcięła. - Rozwiąż ją i wezwij karetkę. Tam leży mała siekiera. - Wskazałem na parapet. Nina, gdy tylko zobaczyła przedmiot, rzuciła mi pogardliwe spojrzenie. Heila natomiast wybałuszyła oczy jeszcze bardziej. Tym razem nie w odruchu ulgi, a przerażenia, które niespodziewanie ją ogarnęło. Błąd - na nowo ogarnęło.
 - Co on ci zrobił? - Załkała Nina rzewnie i ruszyła w kierunku parapetu. Widząc błagalne spojrzenia wysyłane jej przez siostrę, powiedziała zdania całkowicie banalne (jednym tchem niemalże), aczkolwiek jedyne, które przyszło jej na myśl. - Nie bój się, ja ci nic nie zrobię; chcę cię uwolnić; pomogę ci. - Zabrała się do rozcinania lin. Nieudolnie jej to szło, ale ok. - A twojemu bratu nie daruję... Policzę się z nim, gdy tylko go spotkam...- Syknęła, rzucając mi wściekłe spojrzenie. Rozjuszyła mnie. Zacząłem wrzeszczeć:
 - Odwal się od mojego brata, ok?! Sam się nim zajmę! Masz się trzymać od niego z daleka, bo nie ręczę za siebie! Spróbuj mu tylko coś zrobić, prześladować w jakiś sposób, to zrobię to samo, co ty jemu, ale cztery razy brutalniej!
 - Coś ty powiedział?! - Warknęła, przerywając na chwilę czynność i podchodząc do mnie szybko. Z siekierą w ręku.
 - Mam ci powtórzyć?!
 - Poproszę!
 - Wal się. Ciesz się, że ci pomogłem, bo zanim ta twoja ukochana policja zabrałaby się do działania, mogłoby być już po sprawie!
 - A czyja to wina?!
 - Wszystko się jeszcze wyjaśni; nie oskarżaj, póki nie masz dowodów.
 - Twój brat był chłopakiem mojej siostry, zapomniałeś już, że ci to powiedziałam?! Na dodatek znajdujemy ją w domu, który, jak twierdzisz, należał kiedyś do twoich dziadków, ale teraz, po sprzedaży, jest opuszczony! Mało ci?! To dołożę coś jeszcze! Na przykład to...
 - Zamknij się! Sam wyjaśnię tę sprawę. - Wyszedłem z domu czym prędzej, zostawiając je sam na sam. No, niezupełnie sam na sam - jeszcze była siekiera. Coś prowadziło mnie wprost do sadu. Nie wiem, co tak spektakularnego spodziewałem się tam zastać, ale miałem pełną świadomość, że idę w dobrym kierunku. Słyszałem szloch, którego nikt z siebie przecież nie wydawał. Wołanie o pomoc, choć nikt nie krzyczał. Przedzierałem się przez gęstwinę trawy i chwastów, zadając sobie co i rusz pytanie, jak można tak zaniedbać taki piękny dom i ogród, skoro odkupuje się go za ciężko zarobione pieniądze, żeby w nim rzekomo zamieszkać. - No, Theo. Wyłaź! Koniec zabawy! - Nogi same prowadzą mnie pod jabłoń o grubym pniu. Jej gałęzie były obwieszone gęstym listowiem oraz smakowicie wyglądającymi owocami. Nie czas teraz na żarcie. Oparty o pień siedział mój brat. Podkulił nogi tak, aby brodą dotknąć kolan. Opuścił głowę i zasłonił ją rękami. Kiwał się w przód i w tył, w przód i w tył, w przód i w tył... Mruczał pod nosem jakieś niezrozumiane słowa, które brzmiały jak jakieś tajemne zaklęcie. Wiedziałem, że łzy spływają po jego kościach policzkowych. Wychudł. Cierpiał. Bardziej niż ta cała Heila. Bo cierpienie skrzywdzonego a cierpienie krzywdzącego w nieświadomości są zupełnie inne...
 - Zostaw mnie... - Powiedział nieco wyraźniej, skoro zrozumiałem. - Nie mogę na ciebie patrzeć... Nie chcę cię skrzywdzić tak jak jej... Jej też nie chciałem... Mówiła, że mnie kocha... Ale... Później... - Łkał. Szczerze łkał. - Powiedziała, że... Jestem... Śmieciem... Miała rację... Jestem zły... Zły do szpiku kości...Nie chcę tak  żyć... Bo ranię... Potrafię tylko ranić... Zostaw mnie! - Wrzasnął w końcu. - Kurwa, no!
 - Przestań. - Powiedziałem zdecydowanym tonem, choć niewiele brakowało, a tłumiony przeze mnie szloch rozerwałby moją klatkę piersiową i wydobył się na zewnątrz. - Ja już wszystko wiem. Rozumiem. Nie jesteś zły. Nie ranisz. Ty tylko krzywdzisz. Ale tylko trochę.
 - Co to za różnica...
 - Ranić a krzywdzić to dwie różne rzeczy. Gdy ranisz, ból nigdy nie ustaje. A gdy krzywdzisz, kiedyś przestaje boleć. Wierz mi.
 - Nikomu nie mogę wierzyć...
 - Mnie możesz. Nie jestem tutaj dla ciebie. Nie jestem przy tobie. Jestem tutaj z tobą. Cały czas byłem. Jak mogłeś zapomnieć, że cały czas jestem z tobą? Tak po prostu. Ja i ty tworzymy całość. Trochę niespójną, ale zawsze jakąś. Nie możesz o tym zapomnieć, bo zaczniesz ranić... - Powiedziałem i popatrzyłem na jego zbolałe oblicze, które zdecydował się ujawnić zza zasłony rąk. Ulżyło mi. Nie uśmiechnąłem się jednak, choć miałem na to ochotę.
____________________________________________________________________

          No to wszystko zaczyna się wyjaśniać.
          Przepraszam za wszelkie błędy interpunkcyjne, bo, choć robię ich mniej niż wcześniej, to mnie nie omijają. Pozdrawiam :]

środa, 25 lipca 2012

8.

           Przed samochodem rozciągała się nieopisana dal, która zdawała mi się być niemalże bezkresną. Czarne, tudzież szaro - bure ptaki fruwały po skromno zastawionej, przerażająco błękitnej powierzchni porannego nieba. Denny wiatr bawił się z rzadkimi już liśćmi na gałęziach drzew. Odwróciłem głowę, chcąc ją tylko odwrócić. Po prostu. Moim z lekka nieprzytomnym oczom ukazała się diwa wszech czasów - naburmuszona i za wszelką cenę próbująca ukryć swą silną ciekawość co do tego, co ma się dalej wydarzyć (z marnym skutkiem zresztą). W końcu poznałem jej imię. A brzmi ono: Nina.

           Postanawiam przerwać tę niezręczną ciszę, która dzieli nas niczym ceglany mur. Jednakże nie wiem, co mogę powiedzieć. Jeśli odezwę się do Niny, popełnię karygodny błąd, gdyż jak znam swoje przekorne usposobienie, ucieknę się do subtelnej aluzji na temat jej nieprzystępnej postawy. Grozi mi wówczas poważne uszkodzenie stanu zdrowia mej dumy lub całkowita utrata tejże dumy (przyjmując, iż objawia się ona w formie typowych ludzkich odruchów i reakcji na te oraz owe przypadłości natury typowo egzystencjalnej). Istnieje jeszcze opcja "hard" - trzeba być wyjątkowo popapranym, aby z niej skorzystać. Wystarczy po prostu powiedzieć: "Nina, dlaczego nic nie mówisz?". Karą albo nagrodą (jeśli ktoś jest masochistą) jest ubytek w jamie ustnej w postaci mocno "uszczuplonego" stanu uzębienia.
           "Dziwne, znam tę dziewczynę tak krótko, a mam wrażenie, że żadne jej ewentualne posunięcie nie stanowi dla mnie większej tajemnicy". - Myślę. Cisza nieznośnie dobija się do moich uszu. Zresztą nie tylko do moich. Zbyt długo zbierałem się, aby ją przerwać, bo pragnienie dokonania tego narosło w szaleńczym tempie, przybierając rozmiary wręcz monstrualne. A wszystko tylko po to, żeby zdławić moje gardło i uniemożliwić mi na chwilę realizację zamierzonego planu. Z trudem przełykam ślinę i odzywam się do kierowcy:
 - Dzięki, dziadku, że zgodziłeś się nas zawieźć.
 - Jak to wy, młodzi, mówicie... Spoko...?
 - Tak, spoko. - Staram się, aby moje rozbawienie wypadło jak najbardziej naturalnie, gdyż istnieje ryzyko, że zdominują je rosnące z każdą sekundę nerwy oraz wszelkiego rodzaju obawy. I zmory.
 - Poza tym, chodzi o mojego wnuka, więc jest to jak najbardziej zrozumiałe. - Dziadek od zawsze był bardzo podobny do Theo. A w zasadzie odwrotnie. Tak samo poukładani, spokojni, trzeźwo patrzący na szarą rzeczywistość, która ich otacza, ale z nutą zamyślenia w całym tym rozsądku. Moje rozmyślania o wszystkich i o niczym za razem trwały najwyraźniej jeszcze dobrą chwilę, bo nie wiadomo skąd i kiedy wjechaliśmy do Loitsche. Wyrwał mnie z nich opanowany, starczy głos dziadka uporczywie skrywającego przed wszystkimi zdenerwowanie: - Gdzie mam skręcić? Halo, Thomas!
 - Wiesz co... - Wskazuję palcem pewien punkt za szybą. - Tam. Zatrzymaj się tam. Dalej pójdziemy sami. Wystarczająco dużo dla nas zrobiłeś. Dzisiaj i w ogóle. No, Nina - wysiadamy. - Stało się, jak powiedziałem. Teraz czeka nas najgorsze... Niepewny strach...

_______________________________________________________________________________

Odcinek miał się pojawić wczoraj, ale niestety się nie udało. Jeśli Ktoś czekał, to bardzo przepraszam za opóźnienie i obiecuję, że będę się starać, żeby takich sytuacji było jak najmniej : ]
Pozdrawiam.

piątek, 20 lipca 2012

7.


           Przeleżałem bezczynnie resztę nocy, przysłowiowo plując sobie w brodę, że nic nie robię, aby odnaleźć Theo.


Jesteś beznadziejny.
Tylko na tyle cię stać?
No co ty?
I ty śmiesz się nazywać "facetem"?
Ha, ha - bardzo śmieszne.
Ty jesteś śmieszny.
Rusz dupsko, zrób coś, do cholery!
Zapytasz niczym niewiniątko: "Ale co?".
Gówno!
To ty masz to wiedzieć! 

- Mówi do mnie moja podświadomość.

           Nie widzę żadnej możliwości, ewentualności, której mógłbym się czepić. Tak, jestem beznadziejny. Potrafię tylko dużo gadać, a jak przychodzi co do czego, to...
           Zaraz, zaraz! 
 - Ja pierdzielę, gdzie moja komórka?! - Wrzeszczę. No, tak. Genialny pan Thomas Klemmer pozwolił, aby jego telefon zginął śmiercią niemalże tragiczną.
           Odnajduję szybko telefon mojej matki i podmieniam karty Sim. Dobra, szukaj w kontaktach. Ej, ja nie wiem, jak ta dziewczyna ma na imię nawet... Ale ze mnie idiota. Szybko wybieram jej numer, który zapisałem pod nazwą 'Mädchen' i czekam. Mija chwila. Sygnał za sygnałem. Coraz bardziej się niecierpliwię. Już mam się rozłączyć i "zaplanować" kolejny napad furii, ale...
 - Halo? - Słyszę zaspany głos owej dziewczyny.
 - Witam. Obudziłem?
 - Zdajesz sobie sprawę, która jest godzina?
 - A ty zdajesz sobie sprawę, że twoja siostra zaginęła i nie ma czasu na sen?
 - Nie spałam już kilka nocy. Kiedyś też się nie powstrzymam i zasnę, to chyba logiczne, nie?
 - Zależy dla kogo.
 - Dla mnie na pewno.
 - A więc przejdźmy do sedna.
 - Popieram.
 - Jak ty masz w ogóle na imię? Cały czas nie wiem, a przy obecnym stanie sprawy wydaje mi się to być całkiem interesujące.
 - Nina. I jak, Sherlocku, znalazłeś coś? - Zakpiła.
 - Kpij sobie ze mnie, kpij. Kpij do woli. Kpij i śpij. A Sherlock pracował. - Odparłem, nie do końca szczerze.
 - I co wydedukował?
 - Jedziemy do Loitsche, więc zbieraj się, mała.
 - Ej, tylko nie "mała", ok?! Jakie Loitsche, po co Loitsche?!
 - Bo tam pewnie jest twoja siostra, na przykład?
 - To ja mam jechać do Loitsche, żeby sprawdzić twoją żenującą hipotezę?!
 - Jedziesz ze mną, czy mam jechać sam? Nie znam twojej siostry, więc szczerze wątpię, że zechciałaby ze mną wrócić do domu, a więc mogłabyś się trochę przydać, ale jeśli nie chcesz, to jadę sam... - Wycedziłem jednym tchem.
 - Wiesz, ile to jest kilometrów?
 - Dwieście osiemdziesiąt dziewięć.
 - A wiesz, ile zajmie nam przejechanie tego odcinka?
 - Przy dobrych układach trzy godziny i około jedenaście minut. O samochód się nie przejmuj, mam pomysł. To jak, jedziesz... Mała?
 - Jadę.
 - Gdzie mieszkasz? Podjadę po ciebie.
 - Masz prawko?
 - Powiedziałem, że masz się o to nie martwić!
 - Powiedziałeś, żebym nie martwiła się o samochód, a chciałabym tam dojechać taka trochę żywa
 - Żywa czy martwa, czy to ważne? Grunt, że dojedziesz. A czarne worki są spoko.
 - Dobra, jadę.
 - Podaj mi adres. - Zapisałem go sobie na ręku i powiedziałem: - Za dwadzieścia minut jestem pod twoim domem czarnym audi. - I rozłączyłem się. Czas przedsięwziąć jakieś skuteczniejsze metody. Teraz się nie wywiniesz, Theo...

poniedziałek, 16 lipca 2012

6.


Nieśpiesznie wróciłem do domu. Krew pulsowała jak wariatka. Nie, to ja byłem wariatem. Wariat... Właściwie to nigdy nie zastanawiałem się nad tym słowem. Czy wariat jest mądrzejszy od głupca? A może to jedna i ta sama istota? Czy można zwariować przez godzinę, dwie? Tak do szpiku kości...
Czuję, jak zimne, wręcz lodowate krople spływają po moim ciele. Jaskrawe światło łazienkowej lampy pobudza moje oczy, które bardzo chciałyby się zamknąć upojone przez słodki sen. Ta, a podobno nie ma rzeczy niemożliwych.
Zegar wybija kolejną godzinę. Kolejną godzinę bez CIEBIE. Cholera, gdzie się podziewasz...? Nigdy nie sądziłem, że można się o kogoś AŻ tak martwić. Nigdy się o nikogo AŻ tak nie martwiłem.
Biorę do ręki telefon, nie zważając na porę, która wydaje się być dość wczesna. Ty nie odbierasz, nie dziwi mnie to. Dzwonię więc do Michaela. Jak to było? "Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie", czy dobrze pamiętam?
 - Czego, kurwa, chcesz?! - Warknął nad wyraz uprzejmie. - Wiesz, która jest godzina?!
 - Theo zniknął.
 - A co mnie to obchodzi?!
 - Powinno. Chociaż trochę. W końcu to brat twojego "najlepszego" kumpla...
 - Na pewno nie o tej porze. A z resztą, on jakiś sztywny jest... Mieliście urodziny, nie przyszedłeś na imprezę...
 - Tutaj cię boli, co?! - Straciłem nad sobą resztki panowania. - Że nie zabawiłeś się na mój koszt, hm?!
 - Co ty...
 - Zamknij się. Skończyło się - nie pokazuj mi się na oczy.
 - Ale o co ci zasadniczo chodzi?!
 - O to, na przykład, że jak twój byle kundel się zgubił, to pomagałem ci go szukać, nie zważając na to, że jest środek nocy, a gdy chodzi o ludzkie życie - ponadto życie brata twojego kumpla - to masz wszystko w dupie!
 - Na pewno nic mu nie jest...
 - Gówno wiesz!
 - Da sobie radę...
 - Wielkie dzięki! Bardzo mnie pocieszyłeś. Co nie zmienia faktu, że lepiej będzie dla ciebie, jeśli się nie będziesz pokazywał, gdy ja będę w pobliżu...
 - Wyluzuj... - Rozłączyłem się i z należytą furią cisnąłem telefonem o ścianę. Mam gdzieś, że się rozleciał. Muszę wziąć stary, trzeba się jakoś dodzwonić do tej dziewczyny.
Wchodzę do swojego pokoju. Narasta we mnie bezradność. Wymierzam sobie siarczyste policzki. Jeden po drugim. Musi to wyglądać cholernie komicznie. Rzucam się na łóżko, nie dbając o to, że jest już nieźle sfatygowane. Próbuję pozbierać myśli, które kłębią się w mojej głowie w nadmiarze. Bez skutku.

Kondycja jest w opłakanym stanie.
Nadzieja nie istnieje.
Łzy same cisną się do oczu, ale Ty trwasz nieprzerwanie.
Serce jeszcze bije.
"Jak długo to potrwa?" - Pytasz samego siebie.
Szukasz odpowiedzi w zawiłym labiryncie perwersyjnego istnienia tejże zagadki.
Nie znajdujesz.
Jeszcze...
Trochę...
Nie umieraj...
Proszę...

5.

 - Nie wydaje mi się, że możemy sobie pomóc.
 - Chodź pod latarnię. - Powiedziałem i złapałem ją za nadgarstek. - Pokażę ci coś. - Spojrzała na mnie jak na idiotę.
"Ale o co jej chodzi?" - Przemknęło mi przez myśl.
 - Nie, dziękuję... Ja muszę iść do domu.
 - Chodź i nie pierdol już! - Wydarłem się. Chyba trochę przeholowałem... Troszeczkę...
 - Ktoś tu się denerwuje, jak widzę...
 - I to bardzo. Wszystko w porządku?
 - Nie. Zboczeniec ratuje mnie z rąk zboczeńców... To ma być ok?
 - Ty myślałaś, że... Chyba cię pogięło! Wszystkie baby myślą tylko o jednym?! A mówią, że to my, faceci, jesteśmy niewyżyci!
 - Bo jesteście.
 - Dobra, dajmy spokój. - Niemal siłą zaciągnąłem ją pod latarnię. Jej dość jaskrawe światło wydawało się być zdradliwe jak wszyscy diabli. A że Diabeł i Banda to moi kumple, to nie miałem nic przeciwko ich intrygom. W kocu najlepsze imprezy są w Piekle, nie? - Patrz. - Z kieszeni przepastnych spodni wyjąłem portfel, a z niego zdjęcie mojego bliźniaka. - Znasz go?
 - A co?
 - Gówno! - Dobra, znowu mnie poniosło. - Sorry. - Burknąłem. - Denerwuję się, bo się o niego martwię.
 - To twój...
 - Nie! To mój BRAT!
 - O to mi chodziło...
 - Chyba, że tak... No to jak, znasz?
 - Jasne. Przecież to... - Słowo przez nią wypowiedziane mnie przeraziło. Struga zimnego potu spłynęła mi po plecach, a serce przypomniało sobie, że jest między innymi "od bicia" i przyspieszyło.
 - Jaja sobie robisz?
 - Nie.
 - Błagam, powiedz, że żartowałaś...
 - A po co miałabym to robić?
 - Przeczuwałem to... Dobra, Thomas, uspokój się. - Wewnętrzną stroną dłoni uderzyłem się w policzki. Tak dla otrzeźwienia. Czułem się, jakbym był pijany. A to ciekawe - kiedy rzeczywiście byłem, to miałem wrażenie, jakbym był zupełnie trzeźwy. - Daj mi swój numer.
 - Miałeś pomóc, a nie...
 - No na pewno nie będę z TOBĄ flirtował. I nie TERAZ. Jak ty w ogóle masz na imię? Daj ten numer, odezwę się rano. Coś wymyślę. Pewnie niezbyt wiele, ale...
 - W to nie wątpię.
 - Chcesz znaleźć siostrę, czy nie?
 - Chcę.
 - A ja jestem jedyną osobą, która w takiej sytuacji może ci pomóc.
 - Policja ją znajdzie...
 - Policja! - Prychnąłem. - Policja nawet nie wie, gdzie jej szukać.
 - A ty wiesz?
 - Nie. - Ach, ta moja szczerość. - JESZCZE nie.
 - Jaką mam gwarancję, że się w ogóle odezwiesz?
 - Obiecuję, że ją znajdę. - Starałem się, żeby zabrzmiało jak najbardziej przekonująco. Wierzyłem w to. Poważnie. Naiwny byłem, czy nie? - Może być? - Westchnęła ciężko. Ale podała swój numer. Teraz muszę zostać sam. Zupełnie sam. Muszę to wszystko przemyśleć.


* X *
Codziennie budzi mnie lekki podmuch wiatru, wpadający przez szeroko otwarte okno. Jesteś tuż obok. Czuję się zupełnie bezpieczny. Boję się... Że to tylko iluzja, wytwór mojej wyobraźni, że nie istniejesz, by za chwilę uwierzyć w to od nowa i na moment przestać się bać. Wybaczysz mi, jeśli moja wiara mnie zgubi?Kocham Cię.


 * Oczami Theo *

Siarczysty policzek został wymierzony. Chyba bolało...

4.


Ciche, jakby tłumione jęki docierały do moich uszu i w jakiś magiczny sposób były interpretowane przez mózg. Nigdy nie należałem do ludzi odważnych, a co za tym idzie - w moim mniemaniu - także szalonych, więc nie zamierzałem sprawdzać skąd dokładnie pochodzą. Oto jedna strona medalu. Jak więc wygląda druga? Otóż - urodziłem się jako człowiek - za pozwoleniem - cholernie ciekawski, co sprawiało, że moja tchórzliwa natura usuwała się w cień.
Nie powiem - strach mnie paraliżował. Ledwo co powłóczyłem nogami, nerwowo się wokół rozglądając i co chwila przełykając ślinę, nasłuchiwałem uważnie. Z prawej strony? Nie. Za mną? Też nie. Przede mną pustka i cisza. A na lewo... Ślepa uliczka. Tak, to tam.
Skradałem się ostrożnie. Taka fajtłapa jak ja nie ma w życiu łatwo. Zawsze się o coś potknie, coś przewróci, narobi niepotrzebnego hałasu, stłucze wszystko. Jęki nasilały się, czasem przekształcając się w ciche, błagalne krzyki i lamenty. Jeden krok. I drugi. Kolejny. Potknąłem się. Zakląłem. Nic nie było słychać na tyle dobrze, aby przedarło się to przez te odgłosy.
Oparłem się o ścianę i wciągnąłem brzuch. Czułem się jak agent wywiadu specjalnego podczas misji. Mój oddech był nierównomierny. Osiągnąłem apogeum zdenerwowania. 
"A co jeżeli mnie zabiją...?"- Moja tchórzliwość daje o sobie znać. Szybko jednak dochodzę do wniosku, że dopóty dopóki nie znalazłem brata, moje życie nie ma sensu.
Ostrożnie wychylam się zza krawędzi ściany i dostrzegam wśród ciemności (która tutaj wydaje mi się być nadzwyczaj jasna) zapłakaną, wystraszoną dziewczynę przypartą do ceglanej ściany, starego, ukrytego za kaskadą nowszych, budynku. Łzy pospiesznie wymykają się spod jej wpółprzymkniętych powiek, spływając po silnej dłoni mężczyzny majstrującego przy swoim rozporku na wprost niej. Dłoń szczelnie zaciska się na jej ustach (jakkolwiek to brzmi!). Wokół nich leżą jakieś porozrzucane kartki papieru. "Pewnie je upuściła."- Tak, w tej chwili poczułem się jak prawdziwy Sherlock Holmes na tropie i Indiana Jones w jednym. Obok swojej lewej nogi zobaczyłem butelkę po tanim winie, którą zapewne zostawił przesiadujący tutaj stale pijaczyna. Ujmuję przedmiot w prawą dłoń i, z okrzykiem godnym Tarzana w akcji, rzucam się na faceta. Nie boję się. JA SIĘ NIE BOJĘ! Popatrzyłem na zalaną łzami dziewczynę, której usta wykrzywiły się w geście smutku, i poczułem, że mogę wszystko. Koleś osunął się tępo na ziemię. W pośpiechu pozbierałem porozrzucane kartki, po czym szybko ująłem dłoń dziewczyny.
 - Szybko. - Zarządziłem. Popatrzyła na mnie z wdzięcznością i razem pognaliśmy przed siebie. Doprowadziłem ją do pewnego dobrze mi znanego miejsca  - innej ślepej uliczki, w której przesiadywaliśmy z kumplami po szkole albo będąc na wagarach. Zadrżała. - Nie bój się. Ja nie muszę do tego nikogo zmuszać. - Rzucam niby to na pocieszenie, prowokując u niej jeszcze większą falę strachu. Oddaję jej kartki. Ogłoszenia. O zaginięciu tej dziewczyny z gazety! - Kto to? - Pytam.
 - Mm... Co... Cię... Moja siostra. - Wyjąkała w odpowiedzi.
 - Wydaje mi się, że możemy sobie nawzajem pomóc... - Mruczę niewyraźnie pod nosem, a ona patrzy na mnie zaskoczona.

3.



Czuję, że za chwilę stracę nad sobą resztki panowania... Świat, w którego centrum do niedawna radośnie tkwiłem, ma mnie teraz głęboko w dupie. Tak, wiem - to TY byłeś moim światem.
A teraz została mi po nim pamiątka - zmięta karteczka, którą przeczytałem bez zrozumienia ze dwadzieścia razy, leżąca w najciemniejszym kącie pokoju, który dotąd nazywałem "swoim", choć w myślach mówiłem o nim "nasz".
Nigdy nie doszukiwałem się w niczym większego sensu, drugiego dna. I teraz tego cholernie żałuję. Chcę coś zrobić, muszę przywrócić mój świat do życia. Zmartwychwstaniesz? Tak Cię pięknie proszę!


Nie wiem, czego się można było spodziewać.
Ale to jedno musiało przecież kiedyś nadejść, czyż nie?
Dopiero teraz widzę, jak wielką przeszkodę w waszych planach stanowiłem.
Przepraszam. Żałuję, że nie zdecydowałem się na to wcześniej.
Chcę umrzeć jak najdalej od tego, co jest tutaj.
Proszę, nie szukajcie mnie.
Właściwie po co to napisałem?
Przecież łatwo jest się pozbywać rzeczy niepotrzebnych.
I jeszcze jedno - wspaniale jest nie mieć uczuć.
To tak, jakbyś siedział na gorącej plaży, trzymał w dłoni drinka z palemką i miał świadomość, że nie musisz się już niczym przejmować, że twoje zmartwienia już nie istnieją. Czy istnieje coś wspanialszego?

Czytając ogłoszenie w gazecie, nie przypuszczałem, że może mnie coś podobnego spotkać. Otóż tak - mój brat bliźniak zniknął. Wiedział, jak zadać ostateczny cios. Napisał, że nie był nam potrzebny. Czy mogło być coś głupszego? A może... A może to MY popełniliśmy gdzieś błąd? Może to my spieprzyliśmy mu życie? Może nieświadomie wpoiliśmy mu, że jest gorszy? Jak mogliśmy być tacy podli?!




-Dokąd idziesz, synku?

-Po co się pytasz? Przecież logiczne, że dzisiaj "musi" iść na imprezę. Jest piątek. Na dodatek jego urodziny...- Nie dałem mu dokończyć.
-Co ty sobie wyobrażasz?! Że ja nie mam ważniejszych spraw niż imprezy?!

-Ostatnio dawałeś to do zrozumienia dostatecznie jasno.
-Nie jesteś moim ojcem i nie musisz wyciągać żadnych wniosków z tego, co daję do zrozumienia "dostatecznie jasno".- Zrobiłem w powietrzu cudzysłów. A właściwie moje drżące ciągle palce.
-Coś ty powiedział?!- Wrzasnął. Zawsze wrzeszczał. Potrafił tylko wrzeszczeć. Gdy byliśmy jeszcze mali, często chowaliśmy się z Theo pod stół lub za kanapę, bo wrzeszczał. Na matkę. Oglądając mecz. Na sąsiadkę. I sąsiada. Nawet psa nie oszczędzał.
-Thomas, trochę wdzięczności...- Matka popatrzyła na mnie błagalnie. Jej głos był tak cichy, że z łatwością stłumił go jego wrzask.
-On potrafi tylko wyrywać kolejne panienki i udawać, że...- Nie było to ani kulturalne, ani adekwatne do sytuacji, ani właściwe w stosunku do relacji, którą wpisano nam w papierach, ale przyłożyłem mu. Odruchowo dotknął swojego policzka. Straciłem nad sobą zupełnie kontrolę. Z łatwością przewróciłem go na podłogę i kopnąłem bodajże w nogę.
-Thomas!!- Krzyknęła przerażona matka.- To twój...
-To człowiek, który zniszczył nam dzieciństwo. Przepraszam, mamo, nie mogę inaczej. Idę szukać Theo. W przeciwieństwie do was interesuje mnie fakt, gdzie on się podziewa. Cześć.- Wyszedłem, czując na sobie badawcze spojrzenie matki i urażone ojczyma. Chyba ich znienawidziłem. Obydwoje.
Moje policzki poraził przejmujący chłód panujący na dworze. Nie zważałem na to za bardzo. Deszcz spływał po szybach okolicznych okien. Wiatr wiał mi prosto w oczy. Hamburg tonął pogrążony w nocnej ciszy. Ciemność udzieliła się i zegarowi, który wskazywał godzinę 21.47.
Ulica była wyludniona, nie licząc mnie. Pozornie. Szczerze mówiąc, boję się pustych, ciemnych, przede wszystkim nocnych ulic. Bo puste ulice pełne są niewidzialnych oczu... A one dostrzegają dosłownie wszystko...

2.

Zaginiona szesnastolatka!


Dnia 2 listopada br. około godziny 15.00 wyszła z domu szesnastoletnia Heila Zimmer. Nie wróciła. Zgodnie z jej wersją (którą uprzednio padała do wiadomości rodzicom) udała się do domu wieloletniej przyjaciółki. Policja ustaliła jednak, że i tam nie dotarła. Zrozpaczeni rodzice proszą o jakiekolwiek wiadomości, wskazówki, spostrzeżenia osób, które mogły widzieć Heilę.
Wygląd:
Średniego wzrostu, dość szczupła, rudowłosa i bardzo piegata. Kolor oczu: niebiesko-zielone. W dniu zaginięcia miała na sobie czerwony płaszcz, czarne, dosyć obcisłe spodnie i brązowe buty na niewysokim koturnie. Na szyi miała srebrny łańcuszek z medalikiem w kształcie serca, z którym nie rozstawała się od kilku lat. Na jej lewej dłoni widnieje blizna.
Wszyscy, którzy widzieli Heilę lub mogą cokolwiek do tej sprawy wnieść, są proszeni o kontakt z naszą redakcją lub bezpośrednio z rodzicami dziewczyny.
Dane kontaktowe:
-
 bla, bla, bla. 
Już miałem odłożyć gazetę na półkę, gdy moją uwagę przykuło czarno-białe zdjęcie zaginionej. Chwilunia... Ja ją chyba skądś znam. Z widzenia, na pewno. Tylko, cholera jasna, skąd?
Zrezygnowany swoją chwilową amnezją odłożyłem tę gazetę i zabrałem się za przygotowywanie śniadania. Osiemnaste urodziny nałożyły na mnie przywileje i obowiązki. Na przykład szkoła, do której musiałem chodzić, dzisiaj stała się dla mnie czymś w rodzaju złudzenia optycznego, które chcę lub nie chcę widzieć. Dzisiaj nie chciałem. A jak wiadomo, nie wchodzi się w rzeczy niewidoczne. Dość szybko miałem się przekonać, że jest to jedna z największych głupot, jakie przyszły mi kiedykolwiek do głowy. Zrobiłem sobie wspaniały prezent- niepoganiany przez nikogo, wstałem o dziesiątej piętnaście (a jednak wciąż za wcześnie) i zabrałem się za śniadanie, i przeglądanie porannej prasy, której wielbicielem był jednak mój zapracowany wiecznie ojciec. Przykład przywileju.
Moje lenistwo spowodowało jednakże nałożenie obowiązku- śniadaniem zajmował się zawsze mój brat, który jako ten dobry i posłuszny syn poszedł dziś do szkoły. Przecież nie będę umierał z głodu, trzeba coś zjeść.
Jajka skwierczały zawzięcie. Mój mózg jednak przestał na chwilę koncentrować się na żarciu i począł rozmyślać o zaginionej dziewczynie. Nie była raczej w moim typie, ale jednak powodowała, że dziwne myśli przychodziły mi do tego pustego cabanu.
Obrzuciłem jej zdjęcie zrezygnowanym, ale znaczącym spojrzeniem jeszcze raz. Coś było nie tak. Poczułem to.
W tym samym momencie mój nos się "załamał". Wspaniałe, wręcz królewskie śniadanie (tak po prawdzie, jedyne jakie potrafiłem przygotować) się przypaliło. Cudowny początek dnia moich osiemnastych urodzin.
Popijałem kawę. Musiała mnie na razie zadowolić. No tak... Album ze zdjęciami. Nie mogłem się oprzeć. A mówią, że to Theo jest bardziej sentymentalny i czuły. Oceniacie mnie - nie doceniacie mnie. Wszyscy, którzy mówili, że się zmieniliśmy, mieli rację. Kiedyś byliśmy niemal identyczni. A teraz... Zupełnie inni. Oddaleni od siebie niczym dwa bieguny. On ten święty; ja ten zły, głupi, zuchwały i doskonale czujący się we własnej skórce. Jak można się aż tak zmienić? Wspomnienia... Chyba je znienawidzę. Głupie to, co nie?

1.

W moim słowniku zabrakło miejsca na słowo "bezradność". Nie było jednak tak, że żyłem pozbawiony jakichkolwiek zasad. Miałem trzy, których ściśle się trzymałem. Może i niewiele, ale jednak zawsze coś. Chociaż nie jestem w stu procentach pewien, czy można to tak do końca nazywać zasadami. Pierwsza, na przykład (brzmiała "Zabezpieczam się") była koniecznością. Druga ("Nie wierzę nikomu i w nic") nie przykuwała szczególnie mojej uwagi. A trzecia ("Każdy piątek kończy się imprezą") przyjemnym obowiązkiem.
Właśnie wtedy miałem się przekonać, że trzecia, a razem z nią i pierwsza, pójdzie się- kulturalnie mówiąc- jebać, a druga, którą dotąd miałem za najmniej istotną, zmieni wszystko. Że iluzja, którą kreujesz latami wedle własnej koncepcji, aby móc ją nazwać w końcu rzeczywistością, ma przesłonić Ci cały świat. Ze kiedyś musi się coś zmienić. Że strach nie pozostanie Ci obcy. Że czas wyrzuci Cię za burtę, żeby do woli bawiły się Tobą fale. Że Twoja masochistyczna natura była tylko wmówieniem, że wciskałeś sobie kit. Tyle czasu...
Był czwarty listopada. I pewnie niespecjalnie bym się tym przejął, gdyby nie fakt, że był to piątek, że cholernie lało, i że były to nasze osiemnaste urodziny.

* Oczami Theo *

Popatrzyłem na moje krwawiące nadgarstki. Krew?  Ja przecież nic sobie nie zrobiłem. Nic... Niczego nie próbowałem nawet sobie zrobić.Co się dzieje? Umieram...?
Umieram?! Rzeczywiście umieram?! Umieram! Umieram! Umieram! Wspaniale! Jak to wspaniale! To uczucie jest największym cudem. Uczucie, które daje Ci naiwną i niepewną pewność, że Twoje największe marzenie się właśnie spełnia. Do zasranego końca, który jednak jest wspaniały, pieścisz świadomość, która sprawia Ci ból. Pamiętasz, jak się go panicznie bałeś? Jak wydawał Ci się zbyt wielkim ciężarem? Jak usilnie szukałeś sposobu, żeby się go pozbyć? Jak patrzyłeś na otaczający Cię świat i stopniowo go coraz bardziej nienawidziłeś, tylko dlatego, że sprawiał Ci ból? Teraz kochasz ten ból. Chcesz, żeby ta chwila trwała jak najdłużej, oddasz za nią wszystko, co masz, i zdobędziesz jeszcze więcej.
Umieram. Lecz będę żył. Pozostanę w pamięci tego bolesnego świata, który pokochałem dopiero w ostatnich sekundach. Nie wiem, kto sprawił, że moje nadgarstki zaczęły krwawić, bo to na pewno nie byłem ja. Niczego nie byłem w życiu bardziej pewien niż tego. Nie wiem, kto to był, ale mu dziękuję. Z całych sił, resztek bijącego jeszcze serca, duszy, która umarła tuż po moich narodzinach. Dziękuję Ci...