Minęło kilka dni po "incydencie" z Theo (no tak, przecież nic się takiego nie stało; to tylko mój kochany braciszek, on nie chciał nic złego, on tylko chciał mnie zabić). Względny spokój. Z dużym naciskiem na słowo "względny". I sporo zmian. We mnie. Dziesiątki imprez w ciągu tygodnia. Sami znajomi. A mnie na nich nie było. Zazwyczaj siedziałem w pokoju z (uwaga, uwaga! To wiadomość tylko dla ludzi o mocnych nerwach!) książką. Czasami dołączał do mnie mój brat. Z niepokojem śledziłem jego poczynania, ale kończyło się tylko na wielogodzinnych rozmowach o wszystkim i o niczym. Odkryliśmy, jak wiele mamy ze sobą wspólnego. O wszystkim tym nie mieliśmy wcześniej bladego pojęcia. Może po prostu zrozumieliśmy, że jesteśmy braćmi?
Spoglądam wprost z lampę. Jej jaskrawe światło kompletnie nie pozwala mi się skupić. Zresztą i tak nie bardzo mam na czym. Odprężam się więc z lekka i nie dostrzegam nawet, jak twarde mam łóżko. Za oknem zapadł już zmrok. Nie wiem, która jest aktualnie godzina, ale jakoś niespecjalnie mnie to teraz interesuje. Patrzę tępo w sufit. Czego ja się spodziewałem? Co chciałem dostać od życia? Co chciałem mu od siebie dać? Na ile potrafiłbym się poświęcić, aby ratować to, co się wali i co niewątpliwie należy do mnie?
Moje rozmyślania przerywa ciche stukanie do drzwi.
- Proszę. - Mówię, ale nie brzmi to raczej zachęcająco.
- Mogę? - Do pokoju nieśmiało zagląda Theo.
"Dziwne... Nie boję się go teraz..." - Myślę i czuję ulgę. Już dawno takie uczucie mi nie towarzyszyło na jego widok.
- Jasne, wchodź. - Usiadł na podłodze.
- A co ty? Mało tu miejsca?
- Lubię siedzieć na podłodze.
- Tyle to ja wiem, ale jak ktoś wejdzie, to pomyśli, że obaj... - Zawahałem się. Nie, nie mogę użyć słowa "zwariowaliśmy". - A co mi tam. - Siadam obok niego.
- Zastanawiałeś się, co jest potem?
- Jak : "potem"? - Pytam, choć wiem, o co mu chodzi.
- No, wiesz... Po śmierci...
- Zastanawiałem.
- I co?
- I nic.
- Jak : "nic"?
- Normalnie... - Nie wiem, czy normalność nie jest już ostro przeterminowana, biorąc pod uwagę naszą codzienność. - Nic. Nie jestem w stanie stwierdzić, co jest potem.
- Ja cię nie pytam, co jest potem. Ja cię pytam, czy się zastanawiałeś.
- Już ci odpowiedziałem.
- Chwała ci za to. Ale chyba sobie co nieco wyobrażałeś...
- Próbowałem.
- W takim razie, powiedz mi, co wymyśliłeś?
- Mam wiele wizji. Ale żadna z nich nie jest dopracowana.
- Dlaczego więc nie poświęciłeś jakiejś trochę więcej uwagi i czasu, żeby ją dopracować? Nie chciało ci się?
- Nie o to chodzi.
- A o co?
- Upierdliwy jesteś.
- Po prostu chcę wiedzieć.
- Ale dlaczego?
- Dla porównania.
- Chcesz porównywać swoje wizje z moimi?
- Poniekąd.
- Gwarantuję ci, że się bardzo, bardzo różnią.
- Gadaj.
- Nie dopracowałem jednej, bo za mocno się bałem.
- Czego?
- Że mnie to za bardzo pochłonie i stanę się częścią tej wizji. Zadowolony?
- Faktycznie - nasze wizje się różnią.
- Pod jakim względem?
- A pod takim, że ja nie boję się wcielić własnych w życie i stać się ich nieodłącznym elementem...
- Co?
- Na dole coś hałasują... Podobno ma być przyjęcie.
- A co to za okazja? - Postanowiłem, że na jakiś czas dam spokój i nie powrócę do poprzedniego tematu rozmowy. Decyzja podjęta w ciągu ułamka sekund.
- Rocznica... - Zaczyna, ale mu przerywam :
-... Ślubu... - Gwałtownie staję na równe nogi. Zaciskam pięści z wściekłości.
- Co ci jest?
- Szlag mnie trafi... - Wybiegam z pokoju. Szybko zbiegam po schodach, nie panując nad sobą, swoimi nogami, swoim umysłem. Nie panuję już nad niczym. Nawet nie chcę.
- Dokąd biegniesz? - Słyszę jeszcze zawiedziony głos za swoimi plecami. Nie cofam się jednak.
________________________________________________
Rozdział do kitu - wiem. Pisany na szybko. Za bardzo chyba skupiłam się na moim drugim blogu, zaniedbując tym samym ten. No cóż, zobaczymy, jak będzie dalej.
Nie powiedziałabym, że do kitu. Lubię te szybkie dialogi, no i interesujące podejście do rocznicy ślubu :)
OdpowiedzUsuńCóż, może nie ma sensu ciągnąć na siłę opowiadania, skoro bardziej skupiasz się na nowym? Jestem fanką obu :)
Pozdrawiam