Nieśpiesznie wróciłem do domu. Krew pulsowała jak wariatka. Nie, to ja byłem wariatem. Wariat... Właściwie to nigdy nie zastanawiałem się nad tym słowem. Czy wariat jest mądrzejszy od głupca? A może to jedna i ta sama istota? Czy można zwariować przez godzinę, dwie? Tak do szpiku kości...
Czuję, jak zimne, wręcz lodowate krople spływają po moim ciele. Jaskrawe światło łazienkowej lampy pobudza moje oczy, które bardzo chciałyby się zamknąć upojone przez słodki sen. Ta, a podobno nie ma rzeczy niemożliwych.
Zegar wybija kolejną godzinę. Kolejną godzinę bez CIEBIE. Cholera, gdzie się podziewasz...? Nigdy nie sądziłem, że można się o kogoś AŻ tak martwić. Nigdy się o nikogo AŻ tak nie martwiłem.
Biorę do ręki telefon, nie zważając na porę, która wydaje się być dość wczesna. Ty nie odbierasz, nie dziwi mnie to. Dzwonię więc do Michaela. Jak to było? "Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie", czy dobrze pamiętam?
- Czego, kurwa, chcesz?! - Warknął nad wyraz uprzejmie. - Wiesz, która jest godzina?!
- Theo zniknął.
- A co mnie to obchodzi?!
- A co mnie to obchodzi?!
- Powinno. Chociaż trochę. W końcu to brat twojego "najlepszego" kumpla...
- Na pewno nie o tej porze. A z resztą, on jakiś sztywny jest... Mieliście urodziny, nie przyszedłeś na imprezę...
- Tutaj cię boli, co?! - Straciłem nad sobą resztki panowania. - Że nie zabawiłeś się na mój koszt, hm?!
- Co ty...
- Zamknij się. Skończyło się - nie pokazuj mi się na oczy.
- Ale o co ci zasadniczo chodzi?!
- O to, na przykład, że jak twój byle kundel się zgubił, to pomagałem ci go szukać, nie zważając na to, że jest środek nocy, a gdy chodzi o ludzkie życie - ponadto życie brata twojego kumpla - to masz wszystko w dupie!
- Na pewno nic mu nie jest...
- Gówno wiesz!
- Da sobie radę...
- Wielkie dzięki! Bardzo mnie pocieszyłeś. Co nie zmienia faktu, że lepiej będzie dla ciebie, jeśli się nie będziesz pokazywał, gdy ja będę w pobliżu...
- Wyluzuj... - Rozłączyłem się i z należytą furią cisnąłem telefonem o ścianę. Mam gdzieś, że się rozleciał. Muszę wziąć stary, trzeba się jakoś dodzwonić do tej dziewczyny.
Wchodzę do swojego pokoju. Narasta we mnie bezradność. Wymierzam sobie siarczyste policzki. Jeden po drugim. Musi to wyglądać cholernie komicznie. Rzucam się na łóżko, nie dbając o to, że jest już nieźle sfatygowane. Próbuję pozbierać myśli, które kłębią się w mojej głowie w nadmiarze. Bez skutku.
Wchodzę do swojego pokoju. Narasta we mnie bezradność. Wymierzam sobie siarczyste policzki. Jeden po drugim. Musi to wyglądać cholernie komicznie. Rzucam się na łóżko, nie dbając o to, że jest już nieźle sfatygowane. Próbuję pozbierać myśli, które kłębią się w mojej głowie w nadmiarze. Bez skutku.
Kondycja jest w opłakanym stanie.
Nadzieja nie istnieje.
Łzy same cisną się do oczu, ale Ty trwasz nieprzerwanie.
Serce jeszcze bije.
"Jak długo to potrwa?" - Pytasz samego siebie.
Szukasz odpowiedzi w zawiłym labiryncie perwersyjnego istnienia tejże zagadki.
Nie znajdujesz.
Jeszcze...
Trochę...
Nie umieraj...
Proszę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
♣