Skradaliśmy się. Wyglądało to cholernie komicznie. Na pewno. Szpiedzy od siedmiu boleści się znaleźli. Mógłbym opowiedzieć coś o aurze pogodowej, która nas otaczała, ale jakoś mało mnie w tamtej chwili obchodziła. Czas przeciekał mi przez palce, a ja jakoś nie bardzo mogłem go zatrzymać. Strasznie frustrujące uczucie, nie polecam.
Nacisnąłem mosiężną klamkę, która miała wprawić ciężkie, chyba dębowe drzwi w ruch. Poddała się. Nie bez oporów. Nabrałem w płuca powietrza. Było ciężkie. Wyczuwałem w nim śladowe ilości dymu papierosowego. Dużo więcej było w nim wilgoci i ogólnych zanieczyszczeń. Ciężko się oddychało.
Wszedłem do pomieszczenia. To, co zobaczyłem, niespecjalnie mnie zdziwiło.
- Nina. - Powiedziałem i wymownie spojrzałem na najciemniejszy kąt pokoju, który kiedyś służył za salon. Teraz był pusty. Zbyt pusty, bo zupełnie pusty. Cholera, co ja gadam... Nina natychmiast podbiegła do zakneblowanej i na oko ciasno związanej grubymi linami postaci. Jej twarz była potwornie blada. Gdybym nie wiedział, co tutaj jest grane (a zdążyłem sobie po drodze z Hamburga do Loitsche trochę jednak poukładać w tej pustej łepetynie), pomyślałbym, że jakiś zwyrodnialec znalazł sobie kolejną ofiarę. Ciężko jest mi mówić, a nawet myśleć, że tym zwyrodnialcem pewnie jest mój brat. Ta, pewnie - tym bydlakiem NA PEWNO jest mój brat. Z jednej strony - chciałbym go za to porządnie ukarać. Związać tak samo, jak on związał ją. Dręczyć zupełnie jak on tę dziewczynę. Kto wie... Może nawet mam ochotę go za to zabić? Nie znam jej, a jednak czuję się za to, co przeżyła, w znacznym stopniu odpowiedzialny. Szkoda, że medal ma dwie strony. Niestety, ta druga bierze nade mną górę - chcę go po prostu znaleźć i wyciągnąć z bagna, w które się wpakował. Niezależnie od tego, czy sam się pobrudzę i jak głęboko w nim siedzi. Żal mi go, choć wiem, że litość to ostatnie czego by ode mnie oczekiwał.
- Już jesteś bezpieczna, Heila... Już wszystko dobrze, jestem tutaj... - Szeptała Nina, wtulając nos w przetłuszczone już włosy swej siostry, które miały barwę bardzo dojrzałej pomarańczy. Albo marchewki. Sam nie wiem. Kit z odcieniem, gdzie jest Theo?!
- Jeszcze nie jest bezpieczna... - Zacząłem.
- Co ty pieprzysz?! - Przerwała mi.
- ... A przynajmniej się tak nie czuje, póki pozostaje związana. - Dokończyłem, mimo że się niepotrzebnie wcięła. - Rozwiąż ją i wezwij karetkę. Tam leży mała siekiera. - Wskazałem na parapet. Nina, gdy tylko zobaczyła przedmiot, rzuciła mi pogardliwe spojrzenie. Heila natomiast wybałuszyła oczy jeszcze bardziej. Tym razem nie w odruchu ulgi, a przerażenia, które niespodziewanie ją ogarnęło. Błąd - na nowo ogarnęło.
- Co on ci zrobił? - Załkała Nina rzewnie i ruszyła w kierunku parapetu. Widząc błagalne spojrzenia wysyłane jej przez siostrę, powiedziała zdania całkowicie banalne (jednym tchem niemalże), aczkolwiek jedyne, które przyszło jej na myśl. - Nie bój się, ja ci nic nie zrobię; chcę cię uwolnić; pomogę ci. - Zabrała się do rozcinania lin. Nieudolnie jej to szło, ale ok. - A twojemu bratu nie daruję... Policzę się z nim, gdy tylko go spotkam...- Syknęła, rzucając mi wściekłe spojrzenie. Rozjuszyła mnie. Zacząłem wrzeszczeć:
- Odwal się od mojego brata, ok?! Sam się nim zajmę! Masz się trzymać od niego z daleka, bo nie ręczę za siebie! Spróbuj mu tylko coś zrobić, prześladować w jakiś sposób, to zrobię to samo, co ty jemu, ale cztery razy brutalniej!
- Coś ty powiedział?! - Warknęła, przerywając na chwilę czynność i podchodząc do mnie szybko. Z siekierą w ręku.
- Mam ci powtórzyć?!
- Poproszę!
- Wal się. Ciesz się, że ci pomogłem, bo zanim ta twoja ukochana policja zabrałaby się do działania, mogłoby być już po sprawie!
- A czyja to wina?!
- Wszystko się jeszcze wyjaśni; nie oskarżaj, póki nie masz dowodów.
- Twój brat był chłopakiem mojej siostry, zapomniałeś już, że ci to powiedziałam?! Na dodatek znajdujemy ją w domu, który, jak twierdzisz, należał kiedyś do twoich dziadków, ale teraz, po sprzedaży, jest opuszczony! Mało ci?! To dołożę coś jeszcze! Na przykład to...
- Zamknij się! Sam wyjaśnię tę sprawę. - Wyszedłem z domu czym prędzej, zostawiając je sam na sam. No, niezupełnie sam na sam - jeszcze była siekiera. Coś prowadziło mnie wprost do sadu. Nie wiem, co tak spektakularnego spodziewałem się tam zastać, ale miałem pełną świadomość, że idę w dobrym kierunku. Słyszałem szloch, którego nikt z siebie przecież nie wydawał. Wołanie o pomoc, choć nikt nie krzyczał. Przedzierałem się przez gęstwinę trawy i chwastów, zadając sobie co i rusz pytanie, jak można tak zaniedbać taki piękny dom i ogród, skoro odkupuje się go za ciężko zarobione pieniądze, żeby w nim rzekomo zamieszkać. - No, Theo. Wyłaź! Koniec zabawy! - Nogi same prowadzą mnie pod jabłoń o grubym pniu. Jej gałęzie były obwieszone gęstym listowiem oraz smakowicie wyglądającymi owocami. Nie czas teraz na żarcie. Oparty o pień siedział mój brat. Podkulił nogi tak, aby brodą dotknąć kolan. Opuścił głowę i zasłonił ją rękami. Kiwał się w przód i w tył, w przód i w tył, w przód i w tył... Mruczał pod nosem jakieś niezrozumiane słowa, które brzmiały jak jakieś tajemne zaklęcie. Wiedziałem, że łzy spływają po jego kościach policzkowych. Wychudł. Cierpiał. Bardziej niż ta cała Heila. Bo cierpienie skrzywdzonego a cierpienie krzywdzącego w nieświadomości są zupełnie inne...
- Zostaw mnie... - Powiedział nieco wyraźniej, skoro zrozumiałem. - Nie mogę na ciebie patrzeć... Nie chcę cię skrzywdzić tak jak jej... Jej też nie chciałem... Mówiła, że mnie kocha... Ale... Później... - Łkał. Szczerze łkał. - Powiedziała, że... Jestem... Śmieciem... Miała rację... Jestem zły... Zły do szpiku kości...Nie chcę tak żyć... Bo ranię... Potrafię tylko ranić... Zostaw mnie! - Wrzasnął w końcu. - Kurwa, no!
- Przestań. - Powiedziałem zdecydowanym tonem, choć niewiele brakowało, a tłumiony przeze mnie szloch rozerwałby moją klatkę piersiową i wydobył się na zewnątrz. - Ja już wszystko wiem. Rozumiem. Nie jesteś zły. Nie ranisz. Ty tylko krzywdzisz. Ale tylko trochę.
- Co to za różnica...
- Ranić a krzywdzić to dwie różne rzeczy. Gdy ranisz, ból nigdy nie ustaje. A gdy krzywdzisz, kiedyś przestaje boleć. Wierz mi.
- Nikomu nie mogę wierzyć...
- Mnie możesz. Nie jestem tutaj dla ciebie. Nie jestem przy tobie. Jestem tutaj z tobą. Cały czas byłem. Jak mogłeś zapomnieć, że cały czas jestem z tobą? Tak po prostu. Ja i ty tworzymy całość. Trochę niespójną, ale zawsze jakąś. Nie możesz o tym zapomnieć, bo zaczniesz ranić... - Powiedziałem i popatrzyłem na jego zbolałe oblicze, które zdecydował się ujawnić zza zasłony rąk. Ulżyło mi. Nie uśmiechnąłem się jednak, choć miałem na to ochotę.
____________________________________________________________________
No to wszystko zaczyna się wyjaśniać.
Przepraszam za wszelkie błędy interpunkcyjne, bo, choć robię ich mniej niż wcześniej, to mnie nie omijają. Pozdrawiam :]
Jego brat zastanawia mnie.
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział, jest coraz ciekawiej. Rozwiewasz - poniekąd - jedną tajemnicę, by zaraz pojawiła się druga :) Ach, jak lubię tę pisaninę! I ironię; te rozmowy ze samym sobą - wewnętrzne, ma się rozumieć :)
Pozdrawiam